Fagaras i Piatra Craiului 2005
Księga Gości

Odwiedziło nas:

gości od 10 grudnia 2005 r.

Kontakt:
Rysiek


Opis wyprawy

16 sierpnia (wtorek)

Od 24h byłem już w Tarnowie, by móc na miejscu załatwić ostatnie przygotowania. W końcu pożyczaliśmy samochód od mojego taty, a przed tak długą trasą należało się mu (a właściwie to jej, bo ma przecież na imię Siena, Fiat Siena :) ) odrobinę troski i uwagi. Do tego oczywiście wychodziły spod podszewki kolejne rzeczy do kupienia: zapasowa bateria do czołówki, taśma do mocowania karimaty, petardy do ogłuszania niedźwiedzi itp. Tak minęło całe przedpołudnie i kawałek popołudnia. Ok. 17:30 na stację Tarnów Główny Osobowy przyjechał Sławek - mój kolega z roku niżej ze studiów, zamieszkały w Krakowie i... może na razie tyle szczegółów na jego temat :) Po drodze jeszcze jakieś zakupy i na przepak do rodziców, bo o 19 byliśmy umówieni z Jaszczurem na ostatnią naradę wojenną. Marta tak długo żegnała się ze swoim Bartkiem, że o 19:10 dotarła dopiero do domu, ale w srugach deszczu zdołaliśmy dojechać do centrum i odbyć spotkanie w znanej niejednemu knajpce "3 słońca". Tym razem nad filiżanką herbaty :) Najważniejszymi ustaleniami były chyba godzina wyjazdu: przestawiona z 6 rano czasu polskiego na 6 rano czasu rumuńskiego, czyli o 60 min wcześniej oraz miejsce wymarszu - Turnu Rosu, ktorego na mapie Jaszczura (aczkolwiek doskonałej) nie było. A! I jescze jedna ważna decyzja: reszta ustaleń - na bieżąco :) Goraczkowa atmosfera u rodziców i tzw reise fieber nie pozwoliły nam zasnąć do 23:00, ale dla nas oczywiście nie było to ważne - byliśmy zbyt podnieceni.

17 sierpnia (środa) (Od tej pory będę używał jedynie czasu rumuńskiego, bo był on od tej chwili dla nas wiążacy)

Jeszcze przed wschodem pobiegłem do garażu po naszą niebieską strzałę, by po szybkim śniadanku i zabraniu Jaszczura wyjechać w naprawdę nieznane. Ok. 6:30 opuściliśmy granice maista Tarnowa i skierowaliśmy się na południe, by drogą przez Gorlice i Przełęcz Małastowską dotrzeć do przejścia granicznego w Koniecznej. Puste poranne drogi pozwoliły nam dokonać tego bardzo sprawnie. Senny pan kontroler chyba głównie dla zabicia czasu wczytał nasze paszporty do komputera i nawet nie zapytał gdzie jedziemy. Chyba jeszcze dosypiał, bo na horyzoncie nie było widać żywej duszy. Nastraszony przez mojego szanownego Ojca, że u Braci Słowaków na wszystkich drogach między miastami wojewódzkimi obowiązuje opłata drogowa w formie nalepki, a na autostradzie między Preszowem a Koszycami to już na pewno, zatrzymałem się na 3 stacjach benzynowych poszukiwaniu owej winietki. Niestety był to towar deficytowy i dlatego wspomniany odcinek autostrady musieliśmy ominać. Na pozostałych drogach nawet się nie zastanawialiśmy. Do przejścia granicznego z Węgrami też dotarliśmy w czasie nas satysfakcjonującym. Tu rownież byliśmy jedyną atrakcją dla pana celnika, więc wypytał nas o imiona i... tyle :) Skierowaliśmy się dalej na Miskolc, ale nie było nam do niego dotrzeć. Ok. 10 km wcześniej trafiliśmy na niekończący i nieposuwający się ani o krok korek. Wietrząc w powietrzu wypadek lub tym podobne kłopoty zarządziłem odwrót i próbę przebicia się do drogi na Tokaj. Nasz pokładowy nawigator - Marta - poradził sobie z zadaniem bezbłędnie. Jest to godne podziwu tym bardziej, że miejscami jechaliśmy drogami, na których dwa samochody osobowe miały problemy z wyminięciem się! I tak oto dotarliśmy do Tokaju, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę, by rozprostować kości i skonsumować doskonałe kanapki roboty mojej mamy. Podczas spaceru po miasteczku wyostrzyliśmy sobie ząbki na wizytę tam w drodze powrotnej.


Tokaj


Ale nie było zbyt wiele czasu na sentymenty, bo droga była jeszcze przed nami daleka. Przez Niyegerihaze (czy jak to się w ogóle pisze!) dotarliśmy do przejścia granicznego. Tu rownież o wiele za bardzo przejąłem się rolą przy wykupywaniu winietki na drogi rumuńskie i dlatego przekraczanie granicy zajęło nam całe 15 min. W tym też miejscu nastąpiła zmiana kierowcy i za sterami zasiadła Marta. Pierwszy odcinek miała jednak króciutki, bo tylko ok. 10 km. do Satu - Mare, gdzie chcieliśmy zatankować i wymienić pieniądze. Ostrzeżeni by walutę zmieniać w bankach szukaliśmy takowego w centrum przez pewien czas, ale przynajmniej był schludny i uczciwy. Po tych załatwieniach skierowaliśmy się na południe, by przez Zalau, Cluj - Napoca (przez które przejeżdżaliśmy w strugach deszczu) próbować dotrzeć do Sybina (Sibiu). Niestety noc zastała nas ok. 100 km. wczesniej, dlatego w miejscowości Teius zanocowaliśmy w motelu. Kosztował trochę więcej niżbyśmy sobie tego życzyli, ale przynajmniej byl schludny. Nie to co nora, którą widzieliśmy kilkanaście km wcześniej za prawie taką samą cenę. Po kolacji zlożonej z zupek chińskich nikt nawet nie myslał o skorzystaniu z atrakcji w postaci rumuńskiej telewizji. Wszyscy padli ok. 23:00.

18 sierpnia (czwartek)

śniadanie i ok. 6:15 pędziliśmy dalej na południe a poźniej na wschód. W motelu nawet nie było komu kluczy zostawić, ale ich strata. My mieliśmy jeszcze dziś wyjść w góry. Ok. 8:00 dotarliśmy do Sybina i rozpoczęliśmy poszukiwania parkingu strzeżonego. Wzbudzaliśmy naszymi pytaniami niemałe zainteresowanie. W końcu ktoś poinformował nas, że przy jednym z hoteli w centrum coś takiego istnieje. Okazało się jednak, że jest to najzwyklejszy parking miejski na ulicy, a miła pani w recepcji poinformowała nas, że to, czego szukamy w Sybinie nie istnieje. Zaoferowała nam zakup kart parkingowych na cały nasz pobyt i zapewniła, że nic złego nigdy się tu nie wydarzyło. Nie mając większego wyboru z mieszanymi uczuciami zabraliśmy graty i przechodząc przez piękną, choć wasłnie remontowaną starówkę pobiegliśmy na stację.


Sybin


Po drodze zakupiliśmy chleb i drożdżówki u przesympatycznej pani w piekarni oraz papierosy dla baców w sklepie koło dworca. Na stacji nie czekały na nas dobre wiadomości. Było ok. 11:00, a najbliższy pociąg do Turnu Rosu odjeżdżał ok. 14:40. Na dworcu autobusowym dowiedzieliśmy, że autokarem tam też się nie dostaniemy. Przyplątał się jednak sympatyczny pan taksówkarz. Po krótkim targowaniu i dyskusji pół po angielsku pół na migi zdecydował się zabrać nas za 50 lei (nowych, bo właśnie zaczęła się denominacja i dla wszystkich Rumunów było to 500000 - kurczę odzwyczailiśmy się od takich kwot :); 1 leia nowa = 10000 lei starych = 1,20 zł ). Może nie było to tanio, ale zależało nam na czasie, a pan oferował dowiezienie "do samego centrum!" Trochę szumnie to nazwał, bo Turnu Rosu jest niewielką, klimatyczną miescinką przytuloną do gór, gdzie nie ma metra asfaltowej ulicy. Najważniejsze, że byliśmy na miejscu. Słońce zaczęło przedzierać się przez chmury - wszystko zapowiadało się super. Zaglądnęliśmy jeszcze tylko do uroczego kosciółka i na szlak.


Turnu Rosu


Początkowo dolinką, ok. 5 km. drogą szutrową - rozgrzewka. Ale naprawdę rozgrzewające okazało się pierwsze podejście. Bardzo stroma scieżka przez las dała nam popalić zwłaszcza, że nasze plecaki były wypakowane po brzegi. Nie, bardziej niż po brzegi (ja chleb upakowałem w karimacie!) :) Po wyjściu z lasu ładna polanka, widoczek i sympatyczna para rumuńskich turystów w rozbitym namiocie - nadal fantastycznie. Szybka czekoladka i dalej, tym razem przez kosówkę, w góre. Po drodze napotkaliśmy zbiegającą grupkę naszych. Byli chyba z Warszawy, bo na borówki mowili "jagody" :) Podejście tak dało nam się we znaki, że nawet Jaszczura rozbolały kolana - rzadkość! Mimo tego w krótszym niż przewidywany czasie dotarlismy do głównego grzbietu - miejsca naszego drugiego śniadania. Przewalały się chmury, zrobiło się chłodniej, ale było git. Dalej podążyliśmy wzdłuż głównego pasma w kierunkach wschodnich. Minąliśmy źródełko, z którego piliśmy wodę wraz z... 30 końmi! Niedługo potem zdobyliśmy pierwszy istotny szczyt - Tatarul (1890m). Dopiero później zorientowaliśmy się w czym tkwił problem na podejściach. Turnu Rosu znajduje się na wysokości 360m, więc mieliśmy do wyłojenia ponad 1500m! Tak, na rozgrzewkę pierwszego dnia :) Na szczycie dojrzeliśmy przełęcz (1800m), na której postanowiliśmy zanocować, jako że dzień się już nachylił. Rozbiliśmy namiot nieopodal źródełka i zapoznaliśmy bacę. Człowiek ten okrzepły w trudnych warunkach był przygotowany na wszystko, więc... znał pojedyncze słowa po polsku :) Zresztą za kilka papierosów nawet przepowiedział nam dobrą pogodę. Nic z tego. W nocy przeszła burza a wiatr wiał z prędkościami dochodzacymi chyba do 80 - 100 km/h. Nie wyglądało to najlepiej. Gdy raz pobiegłem sprawdzić odciągi przelatujące chmury podświetlone księżycem zrobiły na mnie przezażające wrażenie. W końcu byliśmy na obrzeżach Transylwanii!

19 sierpnia (piątek)

Od nie wiem ilu godzin padał deszcz, więc zdecydowaliśmy zostać na przełęczy cały dzień. Poza wizytami bacy i grą w karty najwiekszą atrakcją okazali się Johan i Tom - Niemcy, którzy dotarli do nas wieczorkiem. Zorganizowaliśmy wieczorek przy pudingu, kiślu i czekoladzie. My zachwycaliśmy się ich GPSem, oni butlą z gazem Sławka i zafoliowaną przy pomocy taśmy klejącej mapą Jaszczura :) Było bardzo sympatycznie, mimo że nie podobała im się chyba gra, w którą uczyliśmy ich grać w karty. Na nastepny dzień postanowiliśmy iść razem.

20 sierpnia (sobota)

Gdy jedliśmy śniadanie, chmury zaczęły się rozchodzić i byliśmy pełni nadziei.


Baca i Niemcy


Oczywiście na nadziei się skończyło, bo zanim się spakowaliśmy znów padało :( Ruszyliśmy we mgle. Naszym niemieckim kolegom nawyraźniej GPS spowalniał marsz, więc postanowiliśmy iść sami naprzód. Po ok. 2 - 3 godzinach przestało padać. Burzliwe dyskusje doprowadziły w końcu do decyzji, że zejdziemy do schroniska - uzupelnić zapasy i może trochę się wysuszyć. Ja w naiwności swej myślałem, że może podskoczymy na nastepny dzień do kościoła, ale po dokładniejszych obliczniach okazało się, że wycieczka na mszę to 2 dni drogi! Minęliśmy piękne, choć zaśmiecone jezioro Avrig i rozpoczęliśmy schodzenie do Cabany Barcaciu(1550m) (cabana - rum. schronisko).


Cabana Barcaciu


Przy schronisku rozbiliśmy namiot i wywołaliśmy rozbrajający uśmieszek na twarzy pani gdy zapytaliśmy ile to kosztuje. Tu o opłatach za rozbicie namiotu nikt nie słyszał. Popróbowaliśmy rumuńskiego piwka, zakupiliśmy chleb i zjedliśmy jaszczurowy krem czekoladowy przy ładnym zachodzie słońca. W międzyczasie poznaliśmy grupę ok. 10 Rumunów, którzy jak się okazało zmierzali w górę, by posprzątać koło wspomnianego Lacul Avrig. Byliśmy bardz miło zaskoczeni. Zaznajomiliśmy się również z inną grupką: 2 kobiety, 1 facet, którą jak się później okazało mieliśmy spotkać nie raz. Znow mapa Jaszczura robiła niemałą furorę. On sam zaś przeszedł do roli instruktora fachu profsjonalnego foliowania map za pomocą taśmy klejącej. Przy okazji jeden z grupy sprzątającej - David - dał nam namiary na sklepy turystyczne w Cluj - Napoca, swój nr telefonu, adres e-mail i zaproszenie do jego miasta w drodze powrotnej. świetnie :)!

21 sierpnia (niedziela)

Niedzielny poranek wstał cudowny, bez chmurki na niebie.


Barcaciu



Postanowiliśmy najkrótszą drogą wrócić na główny grzbiet. Po drodze rozkoszowaliśmy się widokami i z niepokojem spoglądaliśmy w górę. Tak, tak, zgadliście, na szczyty nadciągały chmury :( Gdy dotarliśmy do grani widoczność dochodziła w porywach do 50m. Dociągnęliśmy jeszcze do schronu i strzelili sobie po zupce na poprawe humoru. Przy schronie spotkaliśmy grupę naszych, którzy poinformowali nas o czyhających zasadzkach - przed nami był najtrudnieszy etap całej wyprawy. Posileni ciepłym posiłkiem ruszyliśmy z kopyta tak, że na szczyt Serbota dotarliśmy w godzinę, a planowaliśmy ok. 2 :) We mgle zdołaliśmy odczytać tabliczkę: "Forbidden direction on bed weather!" Rozglądnęliśmy się do okoła i jednoglośnie orzekli, że pogoda jest dobra i ruszyliśmy dalej. Grań którą podążaliśmy nie zawsze miała metr szerokości. W dwóch miejscach Marta schodziła ze skal bez plecaka, który to spuszczaliśmy na linie - ze względów bezpieczeństwa. Pogoda rzeczywiście okazała się dobra, bo przynajmniej nie widzieliśmy ile jest w dół. Pomimo braku sztucznych umocnień (w sumie niepotrzebnych) porównywałbym trudności do Orlej Perci. Po 2 godzinach, gdy mieliśmy wrażenie docierania na szczyt znaleźliśmy się dopiero na przełęczy ok. 200m poniżej wierzchołka. Kolejna godzina ciężkiego podejścia w mocnym wietrze, mgle, wilgoci i niskiej temperaturze. Jaszczur niedaleko pod szczytem zobaczył innych turystów i postanowił się z nimi scigać. Sławek pognał za nim. Mnie i Marcie wystarczyło to, co było. Na Negoiu (2535m) dotarliśmy solidnie wymordowani.


Na szczycie Negoiu


Podziwiać mogliśmy oczywiście co najwyżej siebie pod warunkiem, że nie oddalaliśmy się zanadto. Chłopcy z wrażenia aż zapalili po papierosie. Po kilkunastu minutach dołączyli do nas Rumuni spod schroniska - ochrzczeni przez nas tymczasowo: Malutka (bo jest niska), Złociutka (bo ma takowe zeby) i Andrei (bo jego imię dziewczyny przed nami odkryły). Wiatr był jednak na tyle silny, że nie zachęcał do długich konwersacji. Rozpoczęliśmy zejście spodziewając się kilku łańcuchów. No cóż... Nazwa Wąwóz Draculi zobowiązuje i łańcuchów było ok 200m (chyba więcej niż na Czerwoną ławkę - i równie ekstremalne). Znów nieoceniona była mgła - lepiej w dół nie patrzeć. Mimo że w zejściu to w polączeniu z wilgocią i ciężkimi plecakami Dracula dał nam w tyłek jak rzadko. Bardzo zmęczeni dotarliśmy do jeziorka Caltun (2135m) gdzie chcieliśmy zanocować w schronie. Nasi rumuńscy przyjaciele i inni tam spotkani bardzo nas zapraszali, ale smród i liczba osób tam znajdujących się pomogły nam podjąć decyzję - wolimy namiot. Miejsca bez skał i kamieni było niewiele, ale wybralismy skrawek w sam raz dla nas i przyszykowaliśmy się do najzimniejszej nocy. Marta spała w spiworze w 2 polarach i zmarzła. Ale ona to zmarzluch jest, więc trudno poiwedzieć, czy rzeczywiście bylo aż tak źle.

22 sierpnia (poniedziałek)

Po wyrypie dnia wcześniejszego postanowiliśmy zrobić sobie lżejszy dzień. Wyszliśmy dopiero ok. 12:00 ale za to chmury troszkę się przewiały i zaczęły wychodzić widoczki. Leniwym tempem posuwaliśmy się w kierunku Balea Lac (2044m) przechodząc po drodze przez jakieś szczyciki ok. 2300m. W połowie drogi pogoda zrobila się wspaniała, więc mieliśmy drugie śniadanie z cudownym widokiem.


Balea Lac


Już mieliśmy się zbierać, gdy z dołu przyszedł Stefan - Rumun w wieku 40 - 50 lat. Na nasze "Salut" zaczął się wypytywać o co się dało. Mowił tylko po rumuńsku i na migi, ale ilość informacji jakie nam przekazał i jakie od nas wyciągnął podczas 30 minut zejścia do Balea była imponująca. W komunikacji na pewno pomogły mu 2 - 3 banie, które chyba strzelił sobie do obiadu. Był bardzo sympatyczny, ale trochę natrętny. Teraz kilka słów o Balea - miejscu jak najbardziej ciekawym. Jest to największe jezioro w Fogaraszach i dodatkowo prowadzi do niego droga publiczna. Wychodzi ona z wyskokości ok. 500m, wspina się przez 23 km do jeziora na wysokość 2044m, wchodzi w tunel, wychodzi po drugiej stronie grzbietu i schodzi na 500m :) Imponujace, choć droga oznacza tylko jedno - cywilizacja i niedzielni turyści. Koniec konców nie było tak źle - u przydrożnych handlarzy można było coś zakupić. W cabanie przy jeziorku zjedliśmy ciorbe (zupe) i popili piwem lub winem - w zależności od upodobania :) Przy płaceniu rachunku okazało się, że winko (a zamowiliśmy drugie na wynos :) ) kosztuje nie 10 a 16 lei, tylko w karcie, którą mieliśmy nikt nie poprawił ceny! W Polsce zrobilibyśmy jazdę jak świat długi i szeroki, ale tam daliśmy sobie spokój po zwrócniu uwagi... Pod koniec posiłku do cabany chwiejnym, zmęczonym krokiem wtoczyli się... Johan i Tom :) Znow umówiliśmy się na wieczór. Przed wejściem do schroniska spotkaliśmy znajomą rumuńską trójkę, więc zrobiło się bardzo sympatycznie. W poszukiwaniu miejsca pod namiot zawędrowaliśmy trochę w górę - z dala od Stefana, który wtedy był już chyba po 10 kielonkach - niezmiennie sympatyczny, jeszcze bardziej natrętny... Miejsce na stoku nie było równe, ale nadawalo się do spania. We mgle nie zauważyliśmy jedynie drobnego szczegółu: znajdowało się w małym żlebiku... Wieczorkiem zawitali koledzy Niemcy. Po obdzieleniu winka rozmowa bardziej się kleiła i nie poprzestaliśmy na kwasach Omega 3 lecz przeszliśmy do teorii względności, problemu rozszerzania się wszechświata (jako że Johan jest astrofizykiem) aż po obecną sytuację gospodarczo - polityczną Niemiec :) Do tego kisiel, ciasto i kromki ze sloniną - impreza jak się patrzy. Ok. 23:00 wszyscy mieli dość, więc pożegnaliśmy gości i grzecznie poszli spać. Po jakimś czasie poderwało nas światło latarki i ruchy przed namiotem. Bardziej zdziweni niż przestraszeni odkryliśmy, że "nasi" Niemcy kręcą się w pobliżu, ale po pytaniu o co chodzi pożyczyli nam jedynie dobrej nocy i zniknęli. Dziwne. W nocy zaczęło padać...

23 sierpnia (wtorek)

Rano obudziło nas dziwne uczucie chłodu... Wilgotnego chłodu. Najgorsze podejrzenia okazały się prawdą: przez nasz namiot płynął strumyk. Jeden, bo drugi płynął pod namiotem i przez przedsionek, w którym trzymaliśmy wszystkie rzeczy... efekt spania w żlebie. Miny mieliśmy raczej nietęgie, gdy pierwszą czynnością tego dnia było wylewanie wody z namiotu menażkami. Podczas krzątaniny w przedsionku odkryliśmy kartkę z licznymi danymi Johana i Toma - powód nocnego zamieszania. Na szczęście po niedługim czasie przestało padać - można było jako tako zwinać namiot. Przez poranne perypetie zebraliśmy się ok. 11:00. Przed wyjściem Johan użyczył nam filtra do wody i uzyskaliśmy dwie butelki pitnej, bo nie mieliśmy wielkiego zaufania do wody z potoka w takim miejscu. Na dzieńdobry wyszliśmy na przełęcz nad Balea. Wiało tam nemiłosiernie, ale widok w dół na jezioro i drogę był całkiem ładny. Na górze wróciliśmy na główny szlak i dalej nim skierowaliśmy się w stronę Moldoveanu (2544m) - najwyższego szczytu, na który planowaliśmy dotrzeć nazajutrz. Po drodze spotkaliśmy sporą grupę przewodników z Bieszczad. Jaszczur od razu przygadał się o jakiś kontakt, bo planował zorganizowanie większego wyjazdu w tamte rejony. To niesamowite jak szybko nawiązuje się kontakty na tej wysokości :) Dalej w pięknym słońcu trawersowalismy kilka szczytów i dotarliśmy do przełęczy, skąd odchodził boczny szlak do Podragu (2136m), gdzie planowaliśmy zanocować. Pogoda sprzyjała, więc zarówno na przełęczy jak i później zorganizowaliśmy małą sesję zdjęciową i cieszyli wzrok okolicznościami tak pięknymi przyrody.


Trawersujac glowna gran

Szlak (boczny) na mapie wyglądający na trawers okazał się zawierać 3 całkiem niezłe podejścia (po ok. 200m)- każde następne większe :) Trochę dały nam się we znaki, ale na ostatnie wyskoczyliśmy w.... 18 min.! Sami nie mogliśmy uwierzyć :) Do Podragu dotarliśmy całkiem niepóźno. Na kolację zafundowaliśmy sobie ciorbę z chlebem i piwkiem. Zdecydowaliśmy rownież zostać na noc w schronisku. Pod koniec posiłku w jadalni pojawili się Magda i Grzesiek - katowiczanie wędrujący w przeciwnym kierunku. Na miłej wymianie doswiadczeń i opowieściach minął prawie cały wieczór, ale została godzinka do 22:00 na kanastę - już w swoim towarzystwie, bo ślązaki wybrały namiot. W nocy obudziły mnie dziwne szmery a po nich glos Jaszczura: "Nie po to płaciłem za schronisko, żeby mieć gorzej niż w namiocie!". Ponoć Sławek bardzo się do niego przytulał i wymagał przetoczenia na własne miejsce. Sam jednak nie odnotował tego faktu...

24 sierpnia (środa)

Poranek wstał niezły, ale podczas śniadanka na wolnym powietrzu (zakaz uzywania kocherów w schronisku) na szczyty oczywiście zaczęły nachodzić chmury. Z zainteresowaniem asystowaliśmy Malutkiej przy gotowaniu mleka z proszku, bo oczywiście nasi rumuńscy znajomi spali w schronisku w pokoju obok. Dziś planowali zdobyć Moldoveanu - cóż za zaskoczenie! Jedyną różnicą ich planów w stosunku do naszych byla kwestia noclegu. Oni chcieli zatrzymać się w refigiulu (rum. schron) pod szczytem Vistea Mare (2527m.) znajdującym się w głównej grani (Moldoveanu znajduje się 15 min. od Vistei poza głównym grzbietem). Zażartowałem, że pewnie chcą iść następnego dnia na wschód słońca, sądząc, że tylko my miewamy takie pomysły, a im przez myśl by to nie przeszło. Malutka zupełnie poważnie jednak stwierdziła, że jest to bardzo prawdopodobne :) Czas uciekał, więc nie było co wiele gadać - ruszaliśmy na szlak. Tuż powyżej schroniska dołączyli do nas katowiczanie i razem docieraliśmy na grzbiet. Tu czekały na nas dwie niepodziaki. Chmury, które widzieliśmy w dolinie znajdowały się jedynie po północnej stronie grani! Niesamowity efekt.


W tle Vistea Mare i Moldoveanu


Dodatkowo świecące od południa słońce tworzyło na chmurach wokół naszych cieni Widmo Brokenu - conieco przerażające. Na przełęczy wspólne zdjęcia i dalej w kierunku Moldoveanu. Po drodze spotylkaliśmy prawie wyłącznie Polaków, więc tym bardziej w milej atmosferze dotarliśmy na Vistea Mare. Tam grupka Węgrów wybierała się na Moldoveanu. Ze względu na to, iż jest to wycieczka tam i z powrotem chcieli zostawić plecaki - praktyka bardzo powszechna w tym miejscu. Zaoferowaliśmy opiekę nad gratami przez kilkanaście minut, bo tyle planowaliśmy tam spędzić. Na odchodnym Węgrzy spytali skąd jesteśmy. Gdy uslyszeli odpowiedź, w ciagu 2 minut jeden z nich wrócił pilnować rzeczy :) My zaś zabraliśmy swoje i we mgle, a jakże, dotarliśmy do Moldoveanu. W sumie w porownaniu z Negoiu nic szczególnego, ale sam fakt, że zdobyliśmy najwyższy szczyt był najważniejszy. Nie zdążyliśmy zadzwonić do rodziców, gdy zaczęło kropić. Na szczycie pojawili się "nasi" Rumuni więc razem z nimi zeszliśmy do schronu. Po drodze zrobiliśmy kilka wspólnych fotek i wymieniliśmy adresy mailowe nie wiedząc jeszcze co będzie działo się wieczorem. W refugiulu posililiśmy się i prawie mieliśmy ruszać dalej, bo nie bylo jeszcze późno. Jednak siąpiący deszcz i namowy miejscowych przekonały nas żeby zostać. Rozpoczęliśmy integrację. Nareszczie dowiedzieliśmy się, że Malutka ma na imię Nausica a Złociutka - Andra. Oczywiście imię Malutkiej od razu zapomnieliśmy - na szczęście później podpisała się w mailu :) Począwszy od kart (Jaszczur biegał na czworaka dookoła schronu, ja tańczyłem na stole itp.), przez nauke rumuńskiego po zabawy słowno - muzyczne bardzo miło wypełniliśmy wieczór. Byliśmy już gotowi do snu, gdy do schronu zawitało dwóch nowych turystów i musieliśmy się zagęścić. Nie przypuszczałem, że będziemy z Andrą tak blisko ;) Problem pobudki zwaliliśmy na Andreia i poszliśmy spać. Bardzo zintegrowani :)

25 sierpnia (czwatrek)

Przed piątą Andrei stwierdził, że jest mgliście i że nie ma sensu wstawać. Nie wiem ile później, ale chyba niewiele obudził mnie jednak przytłumiony wrzask: "It's perfect! It's clean!" Zebranie zajęło nam co najwyżej 5 minut. Jedynie Marta przykryła się śpiworem Jaszczura i postanowiła spać dalej. W szóstkę rozpoczęliśmy bieg na szczyt, bo czasu nie zostało już wiele. Niestety chmury znów zaczęły się przewalać i w połowie drogi mieliśmy zawrócić. Sławek nawet został w jednym miejscu na dłużej. My jednak parliśmy dalej w chmury. Słońce wstało niewiele pod szczytem jeszcze w mgłach. Jednak na Visei Mare niebo było czyste. To co zobaczyliśmy było warte tygodnia niewygód i męczenia się. Myślę, że zdjęcia mówią same za siebie.


Widok z Vistea Mare na zachod


Widok z Vistea Mare na wschod


Z rumunskimi znajomymi


Po prostu szaleliśmy z radości, podobnie jak Andra, Nausica i Andrei. W sumie to dzięki nim było nam dane to przeżyć. Po ok. 30 min. nasi rumuńscy towarzysze postanowili rozpocząć schodzenie - chcieli zdążyć na pociąg gdzieś około 2000 m niżej :) My trzej zaś podskoczyliśmy jeszcze na Moldoveanu i podziwialiśmy, mimo iż z każdą minutą widać było coraz mniej. Ok. 8:00 wróciliśmy do schronu i obudzili Martę. Sniadanko, pakowanie i w dół ok. 10:00. Dolinka, ktorą schodziliśmy w kierunku miejscowości Victoria była przepiękna i zupełnie pusta. Jeszcze na skałach rozwaliliśmy się nad srumieniem, by wziąć "prysznic" od stóp do głów. Wspaniałe uczucie po tylu dniach. Z refugia do Victorii planowaliśmy dotrzeć w 3 - 4 godz. Ledwo zdążyliśmy na autobus o 16:00. Troszkę "pomógł" nam Jaszczur, który w miejscu, gdzie zgubiliśmy szlak zaczął prowadzić nas krótko mówiąc "w maliny". Zafundował nam trawers stromym, mocno zakrzaczonym stokiem i przeprawę przez całkiem wartko plynącą rzeczkę. Na szczęście nie musieliśmy się wracać :) Ostatni etap marszu to 9 km drogami szutrowymi niechybnie w kierunku cywilizacji. Victoria jako podupadły ośrodek przemysłowy nie wywarła na nas dobrego wrażenia. Jako że droga przelotowa i linia kolejowa znajdowały się w oddalonej o ok 5 km Ucei podjechaliśmy tam autobusem. Tam postanowiliśmy się rozdzielić. Planowaliśmy wycieczkę w pasmo Piatra Craiului, więc zdecydowaliśmy pojechać do Braszowa (Brasov). Wycieczka po pozostawiony samochód wymagała wrócenia się do Sybina (Sibiu). Pojechałem tam pociągiem tylko z Martą. Chłopcy zaś mieli pojechać prosto do Braszowa, kupić mapę, zorientować się jak zaplanować następne dni i gdzie ewentualnie zanocować. Ponieważ musieliby czekać na pociąg ponad 1:30h podeszli do głównej drogi łapać stopa. Nie mieli z tym wielkiego problemu, bo taki sposób podróżowania w Rumunii jest powszechny. Gdy zatrzymany samochód okazał się zmierzać do Braszowa Jaszczur z wrażenia w rowie zostawił kijki - troszkę go ta przejażdżka kosztowała :) Jadąc chłopcy mieli krótką lekcję pt.: "Jak jeżdżą Rumni, czyli walić na czołówkę i niczym się nie przejmować" :) Wysadzeni zostali kawałek od centrum, więc pieszo zaczęli zwiedzać to spore jak się okazało miasto (ponad 300tys. mieszkańców). Zakupili mapę, obczaili sklepy turystyczne, wypili piwo i czekali na nas. Byliśmy umówieni przed Czarnym Kosciołem o pełnych godzinach, "prawdopodobnie o 19 lub 20". Tymczasem my podążaliśmy pociągiem Personal (najzwyklejszy ze zwykłych) do Sybina po samochód, lub to, co po nim zostało :) W wagonie porozmawialiśmy z miła Cyganką, która strasznie wypytywała o nasze dzieci i dlaczego ich nie mamy. Ona miała 20 lat i już dwójkę! Pociąg jednak jechał prawie 1:30 a nie spodziewaną 1h. Robiąc zakupy w drodze z dworca spacer do samochodu zajął nam ok 1h a nie 15 min jak planowaliśmy. W piekarni oczywiście zakupiliśmy drożdżówki. Przesympatyczna pani chyba nawet nas poznała. Ale nie mniejsze było nasze zdziwienie, gdy w kolejce przed nami zauważylismy "naszego" pana taksówkarza! On również przyjaźnie się usmiechnął, jakby nas pamietał. Przed hotelem Bolevard odnaleźliśmy nasz samochodzik w bardzo dobrym stanie, więc kamień spadł nam z serca. Mogliśmy ruszyć w kierunku Braszowa. Troszkę się zdziwiliśmy, gdy na drogowskazach zobaczyliśmy nie 80 km a ponad 140! Dochodziła 19:00. Ok. 21:15 wjechaliśmy do Braszowa. Jedynym planem miasta jakim dysponowaliśmy był szkic centrum w przewodniku. Marta - nawigator troszkę nie mogła się na nim odlaleźć i dzięki temu przejechaliśmy przez centrum. Po jakimś czasie jednak zarządziłem odwrót, bo na blokowiskach nie było szans znaleźć gotyckiej katedry. W końcu zaparkowliśmy w pobliżu ścisłego centrum i resztę, by nie kluczyć pokonaliśmy pieszo. Starówka wywarła na nas oszałamiające wrażenie. Mnóstwo knajpek, sklepików, ogródków, turystów. Odstrzelone kobitki chodzące od klubu do klubu. Odczaskany rynek z zabytkowymi kamieniczkami i ratuszem. środek Europy. Tuż przed 22:00 dotarliśmy do Czarnego Koscioła. Chłopcy już zbierali się na skwerek by rozstawić namiot :) Dla zabicia czasu wynaleźli sobie wcześniej dogodne miejsce zaraz po tym jak zwiedzili wszystkie najciemniejsze uliczki - szukali rozrywki :) W przwodniku znaleźlismy namiar na pole namiotowe na obrzeżach miasta i dotarliśmy tam jeszcze przed 23:00. Pod prysznicami była ciepła woda!!!!!

26 sierpnia (piątek)

Rano musieliśmy zmyć się przed 10:00, bo na polu namiotowym rozkładano scenę i szykował się jakiś koncert. Wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Oczywiście Jaszczur nie odpuścił i w sklepie turystycznym nabył spodnie z Gore-Tex'u. Czarny Kosciół, nazywany największą gotycką katedrą między Wiedniem a Konstantynopolem zrobił na nas lepsze wrażenie z zewnątrz niż w środku. Wewnątrz były zorganizowane wystawy - po prostu muzeum. Powłóczyliśmy się po cudownych uliczkach, podbiegliśmy sobie pod 2 baszty znajdujące się na jednym ze wzgórz tuż przy centrum.


Widok na starowke w Braszowie


świeciło piękne słońce i aż żal było wyjeżdżać, ale chcieliśmy dotrzeć do Piatry. Po drodze zatrzymaliśmy się w Rasnovie, gdzie znajduje się tzw. zamek chłopski - twierdza, w której funkcjonowała normalna wioska i w której schraniali się okoliczni mieszkańcy. Niestety bilet wstępu kosztował 9 lei i nie było zniżek studenckich. Kalkulując to z ceną Cotnari w sklepie na dole (8,50 lei) zdecydowaliśmy kupić 2 winka i trochę żarełka. Zatrzymaliśmy się jeszcze koło targu. Jaszczur przy stoisku z arbuzami rozłożył ręce jak szeroko potrafił, by dać znać jakiego chce. Pani z usmiechem stwierdziła "Gross!!!" i podała ważącego 7 kg. Ruszyliśmy do Plaiul Foii (ok. 800m n.p.m., w naszym żargonie dla prostoty nazywanego Pluj - Fuj) - schroniska w dolince przy samej Piatra Craiului - dogodnego miejsca wypadowego na szczyty.


Rozbici w Plaiul Foii


Rozbiliśmy namiot na polu kemningowym i pobiegliśmy zapłacić oznaczone 3,50 lei. Pan barman conieco zdziwony skasował nas na 3 leje. Głośno nie protestowaliśmy. Wieczorkiem przystąpiliśmy do konsumpcji zakupionych dóbr. Jednak ilość wody jaką zawierały sprawiła, że arbuza w siebie wmuszaliśmy. A i tak daliśmy radę tylko połowie. Herbatka się już nie zmieściła. Nikt nie wie po co ją zrobiliśmy skoro prawie skonczył się nam jej zapas... Po dwóch winkach chwyciliśmy humorki i w takim nastroju poszliśmy spać.

27 sierpnia (sobota)

Rano czekała nas niemiła niespodzianka. Z przedsionka znkinął chleb. Nie wiem czy wyciągnąły go psy, ale nie zrobiłyby tego tak delikatnie - wokół były menażki. Na szczęście nie zginąło nic więcej, ale trzeba było skoczyć do Zarnesti do sklepu czyli ok 12 km w jedną stronę szutrową drogą. Samochodzik stał sobie w cieniu i o poranku zebrała się na nim spora rosa. Po rundce tam i z powrotem, jako że Piatra jest czysto wapiennym pasmem i takowe są kamyczki i pył wokoło, autko z niebieskiego stało się białawe. W sklepiku miło robiło się zakupy w jedynym możliwym języku czyli po rumuńsku. Byłem tym tak podekscytowany, że kupiłem piwko - ot takie pierwsze z brzegu na spróbowanie, bo nie było naszego ulubionego Ursusa. Mojej uwadze umknął jednak wyraźny napis "Fara alcol" (Bezalkoholowe). Dostarczyłem tym później niemało radości moim towarzyszom. Przez wycieczkę do sklepu wyruszyliśmy na szlak dopiero ok. 11:00. Pogoda jednak sprzyjała, więc perspektywa 4 - 5 h marszu na szczyt nas nie przerażala zwłaszcza, że wszystkie rzeczy spakowaliśmy do jednego plecaka. Pozostałe graty wylądowały w bagażniku - nie mieliśmy już zaufania do przedsionka. Na luźno nieźle nam się szło. Naszym celem był La Om (2244m) - nawyższy szczyt Piatry. Gdy przyszło do właściwego podejścia Jaszczur nadał takie tempo, że my, zaprawieni z domkami przez tydzień w Fogaraszach, na luźno nie mogliśmy nadążyć. Po drodze szlak był bardzo urozmaicony - liny jako umocenia, liczne skały i piargi a wokół formy krasowe - fantastyczne! Na szczycie stanęliśmy ok. 14:00 mimo licznych postoi na robienie zdjęc. Sławek już na dole zakazał barć Jasczurowi plecak, bo rzeczywiście bylibyśmy na górze chyba już o 13:00! Z przykrością stwierdziliśmy, że Piatra lepiej wygląda z dołu niż z góry zwłaszcza, że na szczytach przewalały się nasze ukochane chmury. Na La Om spędziliśmy ok. 2 h - miejscami wychodziły widoczki, niektórzy ucięli sobie drzemkę - nie spieszyło nam się nam w dół.


Na La Om

Postanowiliśmy schodzić tą samą trasą, bo do innej było trochę za daleko. W zejściu szlak okazał się nawet trudniejszy - liny, skały i piargi dały o sobie znać, ale bez obciążenia nie bylo tak źle. Schodząc odkrywaliśmy ze zdziwieniem, że tak dużo mieliśmy podejścia. Pędząc do góry nie zdążyliśmy zauważyć :) Wróciliśmy do namiotu i rozkoszowaliśmy się widokiem z dołu - w zachodzącym słońcu Piatra wygląda fantastycznie. Znow pobiegliśmy zapłacić za nocleg, ale tym razem trafiliśmy chyba na kogoś w rodzaju kierownika sali w cabanie. Człowiek ten conieco się zdziwił, ale wytłumaczył nam, że jeśli ktoś będzie chciał od nas pieniądze, to przyjdzie po nie do namiotu. Więcej nie zapłaciliśmy za nocleg w Pluj Fuj ani bani! (100 bani = 1 leja).

28 sierpnia (niedziela)

Ponieważ byliśmy bliżej cywilizacji postanowiliśmy skoczyć do kościoła. W Zarnesti były cztery świątynie więc byliśmy pewni, że w którejś ok. 8:00 znajdzie się masza. Podarowaliśmy sobie śniadanie i podskoczyliśmy do miejscowości - jeszcze bardziej "bieląc" nasz samochód. Przez dobrą chwilę jeździliśmy od kościoła do kościoła, ale wszystkie były zamknięte. Dopiero gdy wróciliśmy do greko - katolickiego jacyś ludzie wchodzili do środka. Dochodziła 8:00 więc byliśmy pewni, że trafimy na mszę. W środku jednak ksiądz wyczyniał jakieś dziwne hece z wiernymi. Prowadził ich od ikony do ikony. Tamci nie mieli pojęcia co ze sobą zrobić - wszystko wyglądało na jakąś próbę ale na pewno nie na mszę. Zdecydowaliśmy pojechać do Braszowa. Po drodze jeszcze pocałowaliśmy klamkę w kościele w Rasnovie i wylądowaliśmy parę minut po 9:00 w Braszowie. Tam wstąpiliśmy do pierwszego napotkanego kościoła i stwierdzili, że masza jest o 9:30 tylko że w języku... węgierskim! Było nam w sumie wszystko jedno. Ewangelia była chyba ze św. Mateusza i nie przeoczyliśmy przeistoczenia, więc było zupełnie ok. Po wyjściu z kościoła świeciło piękne słońce, więc zrobiliśmy sobie jeszcze niewielki spacer po mieście. Zaczynaliśmy się robić głodni, więc padł pomysł zrobienia większych zakupów. Jako że była niedziela podjechaliśmy na nie do... Carrefoura. Zakupiliśmy między innymi boczek i 16 jajek - na niedzielny obiadek. Napchaliśmy się drożdżówkami i bananami. Wracając zatrzymaliśmy się przy targu i za ok. 10 lei kupiliśmy 1kg sliwek, 1kg gruszek, 1kg pomidorów, 0,5kg cebuli, 4 ogromne brzoskwinie i 4 ogromne nektarynki :) Na obiad mieliśmy prawdziwą ucztę. Słońce prażyło, na niebie ani chmurki - postanowiliśmy poleżeć i nie robić nic. Takie życie jednak nie dla Jaszczura. On koniecznie chciał iść na zachód i wschód na górę. Więc poszedł sam. My postanowiliśmy dołączyć do niego wczesnym rankiem. Jak pokazują zjęcia wschód i zachód udały mu się całkiem ładne. Zanocował w refugiu na szczycie Ascutit niezupełnie sam, bo towarzystwa dotrzymywały mu liczne myszki :)

29 sierpnia (poniedziałek)

My wstaliśmy o 4:30 i bez śniadania o 5:00 ruszyliśmy na szlak. Przez dobra godzinę szliśmy na latarkach, ale tylko w jednym miejscu na chwilę zgubiliśmy szlak. Przechodząc przez bardzo piarżyste żleby dotarliśmy na przełęcz w grani głównej. Niestety sporo po wschodzie. Dociągnęliśmy grzbietem do Ascutit i ani w schronie ani w okolicznej kosówce nie znaleźliśmy Jaszczura. Myszy go zjadły?!?! Widoki były całkiem ładne, więc rozłożyliśmy się na jedzenie.


Sniadanie na Ascutit

Rozgorzały dyskusje czy iść dalej grzbietem (ok. 4h do La Om), czy schodzić na dół prawie tą samą drogą. Nachodzące na grzbiet chmury zadecydowały za nas. Po posiłku spokojnie powędrowaliśmy w dół - częściowo innym szlakiem niż podchodząc. Potwornie piarżysta i stroma scieżka podnosiła conieco poziom adrenaliny, ale wspaniałe widoki (pomimo zachmurzonych szczytów) przykuwały znaczną część naszej uwagi.


Schodzac do Plaiul Foii

Niespiesznym krokiem dotarliśmy z powrotem do Pluj Fuj obstawiając, że Jaszczura jeszcze nie ma. Spał jednak w środku. Zaraz po wschodzie pobiegł na La Om i zszedł naszą trasą sprzed 2 dni. Pogoda zaś wariowała: to świeciło słońce, to zaś lało. Na obiad musieliśmy ukryć się w namiocie. Ponieważ mieliśmy conieco dobrego jedzonka nie mogliśmy ogonić się od os. Jedna z nich wykorzystała moment, gdy zajmowałem się wrzątkiem i użądliła mnie w policzek. Od tej pory do zdjęc pozowałem z lewego profilu. W międzyczasie Sławek rzucił pomysł, aby na następną noc podjechać do Balea! Nie było to po drodze, gdybyśmy chcieli zwiedzić Sigisoarę - urocze średniowieczne miasteczko, ale na jazdę serpentynami też mieliśmy ochotę. Ponieważ nas trzech nie odmówiło sobie piwka do obiadu, Marta zdeklarowała się nas zawieźć. Gdy już się posililiśmy i namiot trochę wysechł zapakowaliśmy wszystkie graty i w drogę. Po drodze nakupiliśmy owoców w Rasnovie i w strugach deszczu kierowaliśmy się do Fogaraszy. Sarce mi się kroiło, gdy widziałem jak w ulewie samochód odzyskuje swój naturalny kolor. A był tak ślicznie upaprany :) Przejeżdżając przez Uceę Jaszczur wyskoczył sprawdzić, czy przypadkiem nie znajdzie swoich kijków. Gdy nie znalazł, jednoglośnie orzekliśmy, że już pewnie służą jako tylki do fasoli i pojechaliśmy dalej. Po skręceniu na droge do Balea zmieniłem Marte - chciałem poszaleć na zakrętach. Przed nami 1500m podjazdu! Minęliśmy dwie wioski i zaczęło się. Zabawę psuł remont nawierzchni, bo prawie za każdym zakrętem znajdowala się dziura. Ale przy prędkościach 40 - 60 nie stanowiło to problemu. Najpierw przez las zakręt za zakrętem wspinaliśmy się do góry, by wyjechać na efektowny trawers w kilku miejscach przyryty daszkiem chroniącym od spadających skał i płynących z góry potoków. Jeden ze strumyków kapał jednak z daszku na drogę więc efekt jednoznaczny - przejazd przez wodospad :) Ciągłe mieszanie biegami i zakręt na zakręcie sprawiały niemałą ferajdę, choć zapakowana Sienka maszynką do łykania zakrętów nie jest. Najciekawszy był ostatni odcinek, gdzie właściwie między skałami od jednego stoku do drugiego wspinaliśmy się do samego jeziora. Do tego było tuż po zachodzie i szczyty były jeszcze oświetlone. żałowaliśmy, że nie możemy tego sfilmować. Na górze było pierońsko zimno, więc po rozstawieniu namiotu ukryliśmy się w nim na kolację i poszliśmy szybko spać. Nazajutrz mieliśmy wstać w miarę wcześnie, bo czekała nas droga powrotna. Nie do Polski jednak, lecz do Tokaju :)

30 sierpnia (wtorek)

Po śniadanku ruszyliśmy z Balea ok. 7:00. Najpierw dla rozrywki przejechaliśmy przez tunel tam i z powrotem i rozpoczęliśmy zjazd - równie efektowny jak podjazd. Matra widząc poprzedniego dnia czym to pachnie nie zdecydowała się na prowadzenie. Jadąc trochę "po rumuńsku" czyli całą szerokością drogi szybko wytraciliśmy wysokość i skierowaliśmy się przez Sybin, Alba - Iulie do Cluj - Napoca. Tam chcieliśmy zrobić użytek z posiadanych namiarów na sklepy turystyczne. Rzeczywiście bezbłędnie trafiliśmy pod wskazane adresy, ale nic nie przykuło naszej uwagi na tyle, by dokonać zakupów. Przebiegliśmy jeszcze przez cantrum, ja zakupiłem winko i dalej do Satu - Mare. Po drodze mieliśmy zatrzymać się na jakieś zakupy spożywcze. W małych miejscowościach graniczyło jednak z cudem znalezienie w miarę przyzwoicie zaopatrzonego sklepu. Tzw "Magazin Mixt" wyglądały obskurnie, a wybór był prawie zerowy. Ja dowaliłem zaś w Zalau bo jadąc inną drogą niż poprzednio nie zatrzymałem się przy żadnym sklepie. Już niedaleko Satu - Mare w przydrożnym sklepie udało nam się dostać herbatniki dla oszukania głodu i konserwę na później. Opustoszaly nie tylko nasze żołądki, ale i bak, a od dobrej chwili nie znaleźliśmy żadnej większej (pewniejszej) stacji benzynowej. Dociągnęliśmy jednak do Satu - Mare i kolejno zatankowalismy, zjedli obiad w restauracji i zrobili zakupy w spożywczym - samoobsługowym i dobrze zaopatrzonym :) Wyjechaliśmy już po 18:00 - za kółkiem Marta. Po chwili byliśmy już na granicy a tam niespodzianka - mnóstwo samochodów i stania co najmniej na godzinę! Trochę kombinowaliśmy w kolejce gdzie się ustawić najlepiej, ale nic to nie dało. Zapowiadał się dłuższy postój. Co kilka minut jednak wzdłuż kolumny przechodził węgierski celnik, wyławiał "Hungarów" i puszczał ich bramką dyplomatyczną. Bardzo nas to zdenerwowało, bo wcale nie czuliśmy się gorsi od Węgrów - jak Unia to Unia i solidarność być powinna. Przy kolejnej rundce celnika Marta zaczęła się wychylać przez okno i dawać do zdozumienia, by się nami zaiteresował. A ten rzeczywiście zlitował się, sprawdził paszporty i puścił nas bokiem! Rumuński celnik nawet nie chciał z nami rozmawiać i tak oto byliśmy w domu, tzn w Unii :) Ponieważ było już późno, a nie mieliśmy forintów w Meteszalce na chybił trafił skręciliśmy z głównej drogi i na drugiej przecznicy znaleźliśmy bankomat - nie ma jak szczęście. Następnie powolutku pojechaliśmy dalej. W Niyegerihazie (czy jak oni tam to nazywają - niech żyje język węgierski :) ) pojechaliśmy troszkę nie w tą stronę, ale później bez problemów wyjechaliśmy na drogę w kierunku Tokaja. Zaczęło się ściemniać. Na miejsce dotarliśmy ok. 20:30 naszego czasu i zaraz na wjeździe natknęliśmy się na kemping. Wyglądało jakbyśmy byli jedynymi gośćmi. Po wzięciu cipłego prysznica pobiegliśmy do centrum. Puste uliczki sprawiały jednak średnie wrażenie. Większość winiarni była już zamknięta, bo w sumie dla kogo miałyby być otrwarte? Poinstruowani przez naszych rodziców, by szukać czegoś nie na głównej ulicy lecz na bocznej Ovar trafiliśmy do otwartej piwniczki. Odbywała się tam chyba jakaś zamknięta impreza i po zrobieniu z siebie głupa szkualiśmy dalej :) W końcu trafiliśmy pod nr 8, gdzie znaleźliśmy dokładnie to, czego szkualiśmy.


W piwniczce w Tokaju


Popróbowaliśmy kolejno Furmintu, Harslevelu, Samorodneg i jeszcze raz Harslevelu... Zrobiło się bardzo wesoło. Wychodząc Jaszczur i ja zakupiliśmy po efektownej 2 - litrowej buteleczce i chwiejnym krokiem wróciliśmy do namiotu z zamiarem pospania do 9:00 (naszego czasu).

31 sierpnia (środa) (wracamy do polskiego czasu)

Zmiana czasu dała nam się we znaki. Ok. 6:00 przewracaliśmy się już z boku na bok nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wstawał piękny dzień więc nie było po co leżeć. Zaczęliśmy od prysznica i gotowania rumuńskiej konserwy z ryżem i sosem do pieczeni "ciemnym". Uzyskaliśmy papkę o brązowawym kolorze, która okazała się nawet nieszkodliwa, ale wykwintna nie była. Dopchaliśmy jeszcze Wasą z rumuńskim dżemem wiśniowym - dla odmiany całkiem smacznym. Zrobiliśmy jeszcze podział majątku jako że graty zdążyły się wymieszać i ok. 9:00 podjechaliśmy do centrum. W pięknym słońcu pospacerowaliśmy po uroczych uliczkach nie mogąc się zdecydować do której winiarni zaglądnąc mimo, że otwartych było niewiele. Koniec końców wylądowaliśmy w tej smej co poprzedniego wieczoru. Poza kierowcą, czyli mną towarzystwo kontynuowało degustację winka a Sławek zakupił stosowny baniaczek.


Na ulicy Rakoczego

Ok. 11:00 ruszyliśmy w kierunku Polski. Rozochocona ekipa śpiewała Czerwone Gitary na głosy. Nie wiadomo kiedy dotarliśmy do granicy ze Słowacją. Zaraz za nią kupiliśmy słodycze i wodę. Na wjeździe do Koszyc dostaliśmy winietkę i gdy tylko przebiliśmy się przez remonty pognaliśmy do Preszowa i dalej już bocznymi drogami do Bardejova. Ok. 14:00 przekroczyliśmy granicę Rzeczypospolitej w niezmiennie pustej Koniecznej. Na Przełęczy Małastowskiej przegryźliśmy jeszcze conieco i ok. 16:00 dojechaliśmy do Tarnowa. Jaszczur został odstawiony przed dom a nas trójkę ugościła obiadem nasza mama. Na 18:10 odwiozłem Sławka na pociąg do Krakowa.

1 września (czwartek)

Przed południem pojechałem na myjnię, by zmyć z autka resztki kurzu z Pluj Fuj i doczyścić szybę z międzynarodowego towarzystwa much. Po obiedzie zapakowałem się do pociągu i wróciłem do naszego ukochanego SKMK. Tu zaczęło się oglądanie zdjęć, wymiana maili z poznanymi ludźmi itp, itd.

Będzie mi bardzo miło usłyszeć opinie na temat wyjazdu i strony :)

Kontakt:
Rysiek

Copyright © 2005 Ryszard Peschak